Jak w każdej innej branży tak i w tej klienci mają dosyć "taniej chińszczyzny" rozpadającej się w ręce i przez to niebezpiecznej, tak dla ludzi jak i ich zwierząt.
Znane mi są z opowiadań historie o maszynkach z marketów, sprzęt kupowany za 40-100 zł, które zamiast strzyc boleśnie wyrywały sierść psa, skutecznie zniechęcając go do zabiegów pielęgnacyjnych. Często słyszy się o nowych wadliwych grzebieniach, o nożyczkach gorszych od najtańszych biurowych ale nazwanych dumnie groomerskimi, o szczotkach rozklejających się po tygodniu używania, o kosmetykach które powodują poważne w skutkach egzemy, o trymerach którymi pokaleczono zarówno palce jak i psy. Przykładów bubli na rynku jest cała masa. Jak więc przerwa niekorzystne trendy? Nasze kilkuletnie doświadczenie w branży jasno wskazuje, że największym zainteresowaniem cieszą się wyroby choćby i rodem z Chin, ale produkowane przez duże, świadome odpowiedzialności koncerny. Produkty te mogą być nawet o 100 proc. -200 proc. droższe od tych najtańszych (wyraźny wzrost zamożności Polaków) a to dlatego, że ich jakość, trwałość oraz przydatność jest zdecydowanie większa od złych jakościowo produktów. Dlatego uważam, że każdy szanujący się sklep zoologiczny powinien mieć jedno stoisko pod hasłem "delikatesy" dla zamożniejszej i odpowiedzialnej klienteli. Bo taka istnieje i grupa ta rośnie coraz bardziej. To grupa świadomie wybierająca najlepsze, najdroższe karmy, ubranka, czapeczki, okulary przeciwsłoneczne i chroniące oczy przed wiatrem - bo psy wozi się dziś i kabrioletami, i motorem, prowadza na designerskich smyczach, chodzi do drogich fryzjerów, ba - farbuje sierść psu a sobie włosy na ten sam kolor.... Ale to ekstremalne przypadki.
Jarosław Łęgowik, współwłaściciel
Germapol s.c. Izabela i Jarosław Łęgowik